Pierwsze przesiedlenia…

Ostatnio przeczytałam wpis jednej z Pań hodowczyń mojej rasy, że wydawanie   szczeniąt do nowych domów można porównać z runięciem teściowej w przepaść… Twoim nowym Ferrari… I to jest tak niesamowicie trafione, bo w zasadzie nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Z jednej strony skaczesz pod sam sufit, że już się skończy ten smród, tona kupy przerzucana codziennie i pole minowe z kałużami moczu przez które musisz przeskakiwać z gracją baletnicy i szybkością biegacza, bo przecież spóźnisz się do pracy. A kiedy już z tej pracy wrócisz to nie siadasz w fotelu, nie podgrzewasz obiadu i nie odpoczywasz, o nieeee. Bierzesz gumowe rękawice, szczotkę płyn antybakteryjny i jedziesz ze sprzątaniem kojca, później piciu, amu i powtórka na świeżo, bo szczenięta są priorytetem.:) Z drugiej jednak strony płakać Ci się chce, że już nie będzie tyle śmiechu, popiskiwania, tych przerośniętych głów z wielkimi, wgapiającymi się w Ciebie ślepiami, tych mikroskopijnych, merdających z prędkością miksera ogonków.

IMG_7453
Bambino Prodigio, w domu DORA.
IMG_7454
Bella Stagione, w domu FAZA.

Teraz ten wulkan miłości zamieszka u kogoś innego i koniec końców to jest fajne, bo nie można tego wszystkiego zostawiać dla siebie. Radością trzeba się dzielić a staffiory mają to do siebie, że każde szare i nudne życie wypełnią kolorem i brokatem! 🙂

Reklamy